Reportaż I cz. 2. (Toruń)

Krystyna Lewicka-Ritter

„W KUJAWSKO-POMORSKIEM – Z OSKAREM KOLBERGIEM POD RĘKĘ” *

Muzeum Etnograficzne

im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej w Toruniu.

STAŁA WYSTAWA ETNOGRAFICZNA – „TAJEMNICE CODZIENNOŚCI”

         BUDYNEK HISTORYCZNEGO ARSENAŁU, należący do toruńskiego Muzeum Etnograficznego, wybrany został na miejsce stałej wystawy etnograficznej. Zatytułowano ją „Tajemnice codzienności – Kultura ludowa i jej pogranicza od Kujaw do Bałtyku 1850-1950”. I już w samej tej nazwie kryje się… tajemniczość. Jakież CODZIENNOŚĆ, może bowiem mieć tajemnice? A jednak! Ma ich nawet dużo, gdy sięgniemy do historii, jakieś 170 lat wstecz.

         W poprzednim reportażu, zwiedzaliśmy przepiękny Park Etnograficzny w centrum Torunia, w którym urzekały nas chałupy sprzed wieków wyposażone, w sielsko dzisiaj wyglądające przedmioty codziennego użytku. Tu, na wystawie stałej, odnajdziemy ich jeszcze więcej. Jest ich ponad 1400! A wybrane zostały z niezwykle bogatych muzealnych zasobów magazynowych, których w toruńskim muzeum doliczono się ponad 60 tysięcy!!! Prezentowane na wystawie eksponaty pochodzą z okresu II poł. XIX wieku i I poł. XX wieku i są świadectwem tego, jak dawniej wyglądało życie na polskiej wsi. Zbierano je z terenów od Kujaw do Bałtyku. Taki był również pierwotny teren muzealnych penetracji Pani Profesor Marii Znamierowskiej-Prüfferowej, założycielki toruńskiego muzeum.

          WYSTAWĘ „TAJEMNICE CODZIENNOŚCI” przygotowano w 2009 roku, na jubileusz 50-lecia Muzeum Etnograficznego. Nie przypadkowo także na miejsce ekspozycji wybrano budynek Arsenału, znajdującego się w sąsiedztwie Parku Etnograficznego, po którym oprowadzałam Państwa w poprzednim reportażu. Dzięki takiemu sąsiedztwu, łatwiej bowiem spragnionym wiedzy na temat życia dawnych mieszkańców polskiej wsi, uzupełnić ją, przechodząc ze skansenu na wystawę i odwrotnie.

         Jej zwiedzanie rozpoczynamy w dziale NATURA I HISTORIA. Już przy wejściu wita nas ciekawa mapa regionów, która specjalnie dla tej ekspozycji została opracowana przez Teresę Okoniewską oraz dr. Artura Trapszyca – pracowników muzeum. – Prace nad tą mapą – mówi dr A. Trapszyc – trwały prawie rok. Płynność granic poszczególnych regionów, jak i wzajemne przenikanie się ich kultur – jak widać na mapie – jest dość znaczna. Przykładem może być nielinearna granica między Borami Tucholskimi a Kociewiem, gdzie – jakby się mogło wydawać – rzeka Wda powinna stanowić tę granicę naturalną. Po obu stronach rzeki wciąż jednak obserwujemy wzajemne przenikanie się tych dwu kultur. Natknęliśmy się nawet na takie miejscowości, w których funkcjonuje zarówno towarzystwo miłośników jednego, jak i drugiego regionu. Trzeba więc mieć świadomość, że takich sztywnych granic raczej nie ma. Sami mieszkańcy pogranicznych terenów często mają również  problemy z ustaleniem swojej etnicznej przynależności. Tak jest na przykład w Koronowie, o którym pani wspomina. Kolberg pisał, iż to kujawska miejscowość. A obecnie kultywuje się tam również tradycje borowiackie.

            Ot, i pierwsza z tajemnic, także współczesnej codzienności – gdzie mianowicie przebiegają granice regionów. Ileż żyjących w XXI wieku osób potrafi określić z jakiego regionu pochodzi? Zwiedzając wystawę, uda się to ustalić, gdyż na prezentowanej mapie, mimo wspomnianych trudności – zostały one zaznaczone, acz nie wszędzie wyraźnie. W obrębie województwa kujawsko-pomorskiego, jako jednego z nielicznych w Polsce, mamy kilka podregionów: Kujawy, Pałuki, Krajna, Bory Tucholskie, Kociewie, Ziemia Chełmińska, Ziemia Dobrzyńska i maleńka, w stosunku do pozostałych – Ziemia Michałowska. Jest także widoczna, pomiędzy Kamieniem, Chojnicami i Tucholą – Kosznajderia. Region dawnych osadników niemieckich, Dzisiaj już praktycznie zapomniany.

         BLISKIE CIAŁU oraz RYTM ŻYCIA, to kolejne dwa działy, zachwycające reliktami dawnej codzienności. Pierwszy z nich pozwala nam zapoznać się ze strojami regionalnymi, ale także ze sposobami ich odświeżania, prania, prasowania. Zgromadzone tu eksponaty pokazują, w jaki sposób w XIX wieku prano przy użyciu kijanek w rzekach i jeziorach. Później nastał czas drewnianych balii z tarami, które na początku XX wieku zastępowały już drewniane pralki z ręcznym napędem.

         A jak ówcześni ludzie, prasowali swoje odzienia? Rzadko wprawdzie to się zdarzało, ale jednak.. Zanim w połowie XIX wieku pojawiały się żelazka na „duszę”, później na węgiel drzewny, które zachwycają zwiedzających wystawę swą bogatą ornamentyką, prasowano odzież przy użyciu butli z gorącą wodą lub płaskiego żelastwa rozgrzanego w palenisku. Ale znany też był sposób użycia gorącego bochna chleba. To taka tajemnica, która przydać się dziś może miłośnikom survivalowych przygód.

         Ciekawa jest również w tym dziale, ekspozycja poświęcona LECZNICTWU LUDOWEMU. Prezentowany w gablocie oryginalny kołtun, to relikt dawnych zwyczajów i wierzeń. Według nich w kołtunie, będącym po prostu kłębem zmierzwionych, niemytych i nieczesanych włosów, gromadziły się choroby. Czasami zapuszczano go specjalnie, by choroby zostały w skłębionych włosach. W opisie, tuż obok owego niezwykłego eksponatu, czytamy: „Kiedy kołtun pojawił się na głowie, należało zawiązać go chustą i nosić przez minimum rok i 6 tygodni. Można się go było pozbyć przed wschodem słońca w pierwszy dzień Wielkanocy, a następnie wrzucić do strugi, zakopać w ziemi lub zawieźć poza granice wsi. Kołtuna nie można było obciąć samemu. Musiał to zrobić gościarz lub znachor, który upalał włosy rozgrzanym żelazem”. Na ile to pomagało choremu? Już na zawsze pozostanie tajemnicą tych, co w te metody wierzyli i niegdyś stosowali. Podobnie jak trudno zgadnąć, na ile pomagało pospolite puszczanie krwi, przy użyciu dość makabrycznie wyglądających dzisiaj narzędzi, wiszących w gablocie obok kołtuna.

           Toruńska wystawa, wyposażona jest także w multimedialne prezentacje, pokazujące np. film z przemierzania dziecka czy z zabiegu składania złamanej ręki przez znachora. Smarowanie maścią żywokostową i usztywnienie drewnianymi łupkami – było obowiązkowym rytuałem przy złamaniach, podobnie jak obwiązanie ręki skórą węgorza.

         W dziale „Rytm życia” nie mogło zabraknąć eksponatów związanych z narodzinami dzieci, chrzcinami, ślubami i pogrzebami, ale również godami małżeńskimi. Jedną z ciekawostek są kobiece suknie ślubne. Na Kociewiu czarne, ale z białym welonem, a na Kujawach błękitne. Praktyczne i oszczędne to posunięcie, pozwalało taką suknię nosić później na inne uroczystości.

            PRACA, to kolejny niezwykle interesujący dział tej wystawy. Zachwyca tu prezentacja zaginionych dzisiaj rzemiosł: kowalstwo, garncarstwo, bednarstwo, kołodziejstwo, produkcja torfu. Dawne, drewniane narzędzia i maszyny rolnicze – cepy, wialnie, siewniki. Urokliwe dzisiaj narzędzia stolarskie i ciesielskie, słomiane i drewniane ule oraz misternie tkane sieci rybackie. Pozyskane jeszcze przez Panią Profesor Prüfferową, dawne tzw. szelki rybackie używane do wyciągania sieci, jakże pięknie zdobione, świadczące o odwiecznej tęsknocie ludzi do świata piękna

      Wszystkie wyglądające bardzo tajemniczo. Hanna Łopatyńska – komisarz wystawy, potrafi rozwiać wszelkie wątpliwości i opowiedzieć, co i do czego używano, jak działały te tajemniczo wyglądające maszyny. Jak funkcjonował wiejski czy małomiasteczkowy sklepik, w którym, niczym we współczesnym markecie, można było kupić „szwarc, mydło i powidło”. Tylko oczywiście już skala handlowego „biznesu” i powierzchni nie ta. Taki sklepik był przeważnie niewielki, ale kupić w nim można było nawet naftę do lamp. Pani komisarz z dumą pokazuje zdobyty niedawno dozownik do odmierzania nafty na sprzedaż. – Na tej wystawie – mówi Hanna Łopatyńska – raczej niczego nie zmieniamy, ale zdarza się, że jeśli trafi do nas jakiś ciekawy, nowy eksponat, jak np. dozownik do nafty, uzupełniamy ekspozycję. Są też obszary – kontynuuje pani komisarz – gdzie wciąż poszukujemy wiedzy i śladów historii. Nie mamy na przykład dostatecznych dowodów na to jak wyglądał strój chełmiński. Jedynym śladem jest prezentowane na wystawie zdjęcie przy aranżacji jarmarku wiejskiego w Nawrze. Tyłem odwrócona kobieta ma nakrycie głowy przypominające czepek. Widać, że mężczyźni noszą czapki obszyte futrem. Ten strój, szybko przestał być noszony na wsiach Ziemi Chełmińskiej. Po prostu wyparły go stroje miejskie.

         Przy okazji ekspozycji jarmarku, warto dodać, że w tamtych czasach stanowiły one swego rodzaju forum społecznych kontaktów, gdzie można było także poplotkować i dowiedzieć się kto umarł, komu się powiodło, a komu nie.

              JAK ŚWIĘTOWANO I W CO WIERZONO. Można powiedzieć, że stworzono w tym dziale przepiękną historię obrzędów i zwyczajów, prowadzoną przez wszystkie regiony od Kujaw do Bałtyku. Jest tu niezwykły bęben czyli kocioł rezurekcyjny, w który walono jeszcze przed świtem – by obudzić wiernych na tę uroczystą wielkanocną mszą święta. Są maszkary związane z bożonarodzeniowymi kolędnikami, świętem Trzech Króli czy zapustne kozy. Oj, było na wsi wiele okazji do zabawy! Ochoczo też z nich korzystano, bo okres od grudnia do Wielkanocny, był czasem odpoczynku od prac polowych. Należało więc go wypełnić także zabawą. I tu w zasadzie nie ma zbyt dużych różnic w sposobie świętowania w poszczególnych regionach, zarówno Bożego Narodzenia zwanego na Kujawach Godami, jak i Wielkanocy. Ale swego rodzaju ewenementem były kultywowane tylko na Kujawach i Pałukach PRZYWOŁÓWKI DYNGUSOWE, zwane inaczej WOŁANKAMI lub WYWOŁYWKAMI. Tradycje te nadal są kultywowane w inowrocławskim Szymborzu, dawniej wsi, dzisiaj już dzielnicy Inowrocławia.

          Organizują je współcześni kujawscy kawalerowie – kontynuatorzy tej tradycji i członkowie, założonego w 1833 roku Stowarzyszenia Klubu Kawalerów. Dawnym obyczajem kawalerowie z regionu wchodzą zatem w niedzielę wielkanocną na specjalnie zbudowane trybuny i stamtąd donośnym głosem obwieszczają zebranej na dole gawiedzi, która panna – wymieniając je z imienia i nazwiska – zasługuje na pochwalny wierszyk, a która być może na okrutnie głośno wykrzyczaną krytykę. Na piękne to widowisko, przybywają współcześnie do Szymborza, ludzie z całego kraju, by podziwiać dawne zwyczaje. A panny drżą ze strachu, żadna przewidzieć bowiem nie może, czy któremu z kawalerów nie przyjdzie do głowy skrytykować jej publicznie. Cytując tekst z wystawy – być może – takimi oto słowy: „ Podaję do wiadomości, że np. Żówka, ponieważ nie ładnie się ubierała, w chałupie porządku nie trzymała, do roboty nie chodziła, z wszystkimi się pokłóciła, dostanie taki dyngus: sto beczek wyleją na nią wody, sto fur wysypią piasku, sto rózg jej dadzą.” Ale ów dyngus już był w wielkanocny poniedziałek i wtedy każda panna oczekiwała wizyty kawalerów, choćby i z rózgami.

               Podobnie hucznie świętowano w regionach zwyczaje zapustne, by wesoło uczcić koniec karnawału. Na Kujawach i Pałukach – CHODZONO Z KOZĄ, wpisaną niedawno – podobnie jak Szymborskie Przywołówki – na Listę Dziedzictwa Niematerialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Na wystawie „Tajemnice codzienności” można poczuć atmosferę tych zabaw, nie tylko dzięki pokazanym maszkarom, ale także dzięki filmowi z roku 1966, który uzupełnia ekspozycję.

– Staraliśmy się – mówi Hanna Łopatyńska – wzbogacić wystawę w multimedialne prezentacje, korzystając głównie z własnych materiałów filmowych i audiowizualnych. Ale mieliśmy na względzie również i to, że jest to wystawa muzealna. Nie chcieliśmy burzyć jej charakteru zbyt wieloma multimedialnymi efektami.  Te najstarsze, zarejestrowane już nowoczesnymi technikami archiwalia z lat 50. I 60., są autorstwa naszych przezornych pracowników, którzy wiedzieli, że kiedyś  będą one bardzo cenne. Mają zatem nasze stare filmy również swoje poczesne miejsce na tej wystawie. W dziale „Poszukiwanie piękna” zapraszam do oglądania filmu ze znanego tylko na Kujawach i Pałukach sypania piaskiem świątecznych dywanów na klepisku w chałupie lub w podwórzu.

        W CO WIERZONO w regionach, które dzisiaj są nieodłączną częścią kultury województwa kujawsko-pomorskiego? Dominującą religią była religia katolicka. Choć przecież przez wieki przetaczały się przez tereny tych regionów, liczne zawieruchy wojenne, czasy zaborów, które odciskały swoje ślady również w sferze religijności ludzi zamieszkujących tereny wiejskie. Byli zatem wśród mieszkańców polskiej wsi m.in.: protestanci, prawosławni, a także wyznawcy judaizmu, których nieliczne ślady znajdziemy na tej wystawie. Jest tu m.in. zdjęcie synagogi z Dobrzynia, cerkwi z Aleksandrowa i zagród holenderskich. Kulturze dawnych osadników z Fryzji, Flandrii i  Niemiec  poświęcono, otwarty w 2018 roku, Olenderski Park Etnograficzny w Wielkiej Nieszawce, będący również częścią toruńskiego Muzeum Etnograficznego.

        Historia polskiej wsi jest jednak ściśle związana z historią katolicyzmu, z historią polskiego kościoła, który wywierał ogromny wpływ na życie mieszkańców wsi. W okresach zaborów był ostoją polskości. Ściśle też był związany z obrzędowością ludową, przenikającą się nawzajem ze świętami w kościele katolickim. Stąd w tym dziale prezentowane są dewocjonalia, święte obrazy i rzeźby, autorstwa przeważnie anonimowych, ludowych artystów, stanowiące na przestrzeni wieków przedmioty religijnego kultu mieszkańców wspomnianych regionów.

         W tej sakralnej przestrzeni poczesne miejsce zajmują, zaznaczone na wystawowej mapie, liczne miejsca pielgrzymek, zarówno Sanktuaria Maryjne jak i Kalwarie, by wymienić tylko Skępe, Byszewo, Chełmno, Pakość, Markowice. Do tego archiwalne zdjęcia przydrożnych figurek i intencyjne: dziękczynne, błagalne lub pokutnicze wota. Jest co podziwiać!!!nieliczne

         Trzy ostatnie działy: W WOLNYM CZASIE; NOWE HORYZONTY; POSZUKIWANIE PIĘKNA – dostarczą nam wiedzy o działaniach mieszkańców wsi, czasami małych miasteczek, związanych ze szkolnictwem, działalnością społeczną, kulturalną czy sportową. Piękne, często jakże osobiste pamiątki, podarowane lub zakupione przez muzeum od osób indywidualnych lub instytucji. Te powleczone patyną czasu, ludzkich intencji lub przeżyć – przemówią do nas zapewne swą niegdysiejszą estetyką i elegancją, ale także zdobnictwem, dekoracjami i żywymi kolorami.

         Przypuszczam, że w dziale tym, niejednemu zwiedzającemu zakręci się łza w oku, gdy wspomni z wiejskich wakacji u babci haftowane i malowane makatki i obrazy przedstawiające jelenie na rykowisku czy pięknie zdobione rzeźbieniami łyżki lub talerzyki. A może odnajdzie w swoich wspomnieniach wiszące tutaj na ścianach obrazy i stojące na wystawie rzeźby świętych ozdobione kwiatami z krepy lub wykonane przez ludowych artystów „odpustowe” bibeloty z gliny, a nawet z porcelany. Tak, tak, zakręci się łza i warto będzie westchnąć do pięknych wspomnień. Być może też przy tej okazji –  naszym dzieciom i wnukom – zwracając uwagę na wspaniałe wartości zaklęte w tych wspomnieniach.

         Z ogromnym podziwem dla jej twórców – przechodzę przez wystawę jeszcze kilka razy, by nacieszyć się widokiem tych niezwykłych przedmiotów. Na pamiątkę, kupuję wspaniałą książkę pt. „Tajemnice codzienności”, opisującą wystawę bardzo dokładnie. W niej na pierwszej stronie Hubert Czachowski – dyrektor Muzeum Etnograficznego w Toruniu pisze: „Cechą współczesnego świata jest szybkość i zmienność, i pomimo tego, że „Tajemnice codzienności”… mają charakter wystawy stałej,  już wiemy, że jej żywot nie może trwać zbyt długo. Z pewnością kiedyś przyjdzie zespołowi muzeum znalezienie nowej ekspozycyjnej formuły. Do tego czasu mamy nadzieję (a nawet jesteśmy przekonani), że „Tajemnice codzienności”… będą odkrywane z zachwytem przez naszą publiczność.” Chciałabym dodać Panie Dyrektorze, że osobiście byłam wystawą zachwycona!!! I sądzę, że warto ją zachować jeszcze dla… kilku pokoleń publiczności! Bo jest tego warta i jest naprawdę WSPANIAŁA!!!

                                      Krystyna Lewicka-Ritter, Wasza Kujawianka

      Oskar Kolberg, wnikliwy obserwator codzienności wiejskiej, tak pisał o wynagradzaniu pracowników w czasach jemu współczesnych: „Zasług pobiera robotnik (w W. Ks. Poznań.) 24—30 talarów rocznie; kobieta chodzi do roboty za zapłatą 5 do 1\ sgr dziennie; w Ziemi Chełmińskiej i w niektórych okolicach Prus Zachodnich wprowadzono zwyczaj dawania tak zwanej trzydziestówki. Robotnik żonaty, nie ugodzony na roczne zasługi, lecz pracujący za dzienną zapłatą, jako też czeladnik, parobek lub dziewka pobierają dziennie 3 sgr., czyli 9 kopiejek, i za każde 30 dni 1 szefel żyta, \jęczmienia i \ grochu. Zimą i latem płaca jest jednakowa, robotnik wszakże, przetrzymany przez zimę, winien pozostać na lato albo w jego miejsce musi wstąpić inny w służbę do familii.

Urządzenie to w rzeczonej okolicy zapewnia pracującej ludności dostateczne utrzymanie, tym więcej że młockę wykonują cepami za wynagrodzeniem z 11—14 korca, maszyną konną z 20—24 korca, lokomobilą z 24—30 korca”.

                                               Oskar Kolberg  „Dzieła wszystkie – Pomorze” Tom 39 

         Za pomoc w realizacji reportażu dziękuję pani mgr Hannie Łopatyńskiej z Działu  Folkloru i Kultury Społecznej Muzeum Etnograficznego w Toruniu, jednocześnie pełniącej obowiązki komisarz wystawy. 

* Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust.1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.